Styczeń 21 2018 17:55:28
Nawigacja
· Regulamin forum
· Regulamin PZW
· Strona główna
· Forum wędkarskie
· Kontakt
· Szukaj
· Dla zalogowanych
· Administracja
· Prognoza pogody
Wędkarstwo
· Rekordy na pierwszy plan
· Ogólne
· Gruntowe
· Karpiowe
· Spławikowe
· Muchowe
· Spinningowe
· Podlodowe
· Morskie
· Opowiadania
· Gatunki ryb
· Jak złowić
· Łowiska wędkarskie
· Inne
· Wędkarska szkoła
Warto zerknąć
· Artykuły
· Sprzęt wędkarski
· Galeria i tapety
· Sklepy wędkarskie
· Statystyki strony
· Wymiana linkami
· Site map
Toplista rekordów wędkarskich zawieszona
· Rekordy strony
Toplista zawieszona
· Amur
· Bass
· Belona
· Boleń
· Brosma
· Brzana
· Certa
· Czarniak
· Dorsz
· Głowacica
· Halibut
· Jaź
· Jelec
· Jesiotr
· Karaś pospolity
· Karaś srebrzysty
· Karp
· Kleń
· Krąp
· Konger
· Leszcz
· Lin
· Lipień
· Łosoś
· Miętus
· Molwa
· Okoń
· Płoć
· Pstrąg Potokowy
· Pstrąg Tęczowy
· Pstrąg Źródlany
· Rdzawiec
· Rozpiór
· Sandacz
· Sieja
· Sum
· Szczupak
· Świnka
· Troć
· Węgorz
· Wzdręga
· Zębacz
Przyklej zdjęcie.
Wejdz na strone Kliknij Kliknij na : eigenes Bild anbringen Wybieramy zdjęcie z dysku. Nastepnie zaznaczamy: Ich bestätige...... Wpisujemy adres strony: Link ..... I klikamy na : Auf die pinnwand
Strach... (ballada o małym żołnierzu)
PROLOG

Z granatowego i w oczach szarzejącego nieba, po którym kulały się z niesamowitą wręcz prędkością ołowiane chmury, lały się strumieniem wielkie, jak dojrzałe śliwki, krople sierpniowego deszczu. Nie można było nazwać błotem tej mazi, w której brnęliśmy. Sięgała ona prawie do kolan i przypominała raczej świeżo wylaną posadzkę, po której - jakby dla zabawy - ktoś chciał narobić bałaganu... Ale nie, to nie była świeża posadzka, tylko jedno wielkie grzęzawisko, które - póki jeszcze mieliśmy resztki sił - trzeba było jak najszybciej pokonać. Nie dość, że padało, to jeszcze zaczęło grzmieć. Gdzieniegdzie pąsowy krajobraz został nagle oświetlony nieregularną linią boskiego stroboskopu, rozdzierającego na strzępy i tak potargane chmury.
Jeszcze tylko kilkadziesiąt metrów... Pobliskie krzaczory nad brzegiem Wisły majaczyły już jak zbawienna fatamorgana.

Przeraźliwy huk rozdarł przestrzeń między nami. Ograniczała się ona jedynie do oddechu, a chwilami nawet ten nas nie dzielił...
Zauważyłem strach w jej oczach...
Boże, ile bym dał, aby te szeroko otwarte źrenice wyrażały tylko lęk przed burzą...

Poranne słońce wygoniło mnie z namiotu. Dla mnie było jeszcze nieosiągalne. Jedynie ptaki na wierzchołkach drzew kąpały się w jego pierwszych promieniach, oznajmiając to całemu światu. Jakby w ogóle nie zaprzątały sobie małych główek moją obecnością.
Zarzuciwszy kije na grunt usiadłem wygodnie na niewygodnym krzesełku. Plątanina myśli. Odbijały się od wnętrza czaszki, rozpędzały do niebotycznych prędkości i hamowały tak nagle, że nie potrafiłem za chwilę przypomnieć sobie o czym, a może i o kim myślałem... Nie potrafiłem, albo nie chciałem...
O niej...
Starałem oszukać sam siebie. Doskonale wiedziałem, że to ona siedzi w mojej łepetynie i chyba bombardowałem te myśli, żeby nie zwariować.
Można znać kogoś od dzieciństwa, chodzić do jednego przedszkola, do jednej klasy, bawić się w tej samej piaskownicy... By wydorośleć, być rzuconym w wir studiów, innego środowiska, pracy, zapomnieć o zabawkach z piaskownicy, odstawić to wszystko co było, jak konika na biegunach - gdzieś na strych, zamknąć w bezpieczne zakamarki i nie wracać.

Wróciła.
Wróciła.... i to nie jako mazgaj czy wspomnienie z piaskownicy.
Ukryłem twarz w dłoniach, oparłem łokcie o kolana i przez szpary obserwowałem wędki.
Starałem się dociec, jak to się stało, że w tej niegdyś smarkuli, dzisiaj dostrzegam kobietę, a jednocześnie torpedowałem te myśli, bo czy miało to jakieś znaczenie?

Po nocnej ulewie woda niosła ogromne ilości gałęzi. Trzeba było zwinąć wędki. Dwa leszczyki, które udało mi się złowić wystarczą na śniadanie.

Stała przed namiotem. Nie wiem czy wyszła dawno, czy dopiero przed chwilą. Patrzyła na mnie swoimi wielkimi spokojnymi oczami, a ja cały czas widziałem jej źrenice pełne strachu... Teraz to nie był strach...
Odłożyłem wędki, ryby rzuciłem na trawę. Czułem zakłopotanie. Jej milczenie było zbyt tajemnicze. Chciałem coś powiedzieć w stylu: [i]cześć, hej[/i], cokolwiek.... Nie dała.... Wspinając się na palce objęła mnie za szyję i zamknęła oczy...

ROZWINIĘCIE

Gdzieś całkiem niedaleko szykowała się wielka bitwa...
Skoszarowali go niedawno. Pochodził z całkowitego Niebytu. Nie dano nawet czasu do namysłu. Niepewne te dni, pełne napięcia...
Zapotrzebowanie na mięso armatnie wzrastało z roku na rok i w każdej chwili mógł się spodziewać mobilizacji.
Błogosławieni ci, którzy nie spodziewają się niczego, albowiem cieszyć się będą ze wszystkiego. On się cieszył. Gdzieś w duchu czekał nawet na ta chwilę. Był silny, młody i prężny, a do tego niezwykle szybki. Potrafił się bić i to było jego największym atutem. Czy wśród tysięcy żołnierzy właśnie on się wyróżniał? Atrybuty oręża mieli wszyscy takie same: zwinność, szybkość i przebiegłość. Dlaczego więc sądził, że to dzisiaj uczta będzie do niego należała? Że zażyje wreszcie rozkoszy odpoczynku. Będzie się kołysał całymi dniami jak w hamaku przy wtórze bębna... Któż z tych tysięcy młodych junaków nie marzy teraz o sławie?

W skład koszar wchodziły dwa takie same budynki o owalnych kształtach. Komunikacja między nimi odbywała się tylko jednym wąskim i dość długim korytarzem. W zasadzie nie między nimi, bo obydwa budynki miały jedno wspólne wyjście na zewnątrz. Pewnie można by przejść z jednego budynku do drugiego tym korytarzem, ale po cóż ktoś miałby tracić siły przed walką na niepotrzebne łażenie? Budynki oplatała sieć klimatyzacji. Przy tylu żołnierzach było to konieczne. Przegrzanie armii doprowadzało do osłabnięcia jej morale i bojowości. Taka armia była osowiała, niezdolna do podboju. No więc po tym głównym korytarzu nikt bez potrzeby się nie szwendał. Pomijam sprawę strażników. Nie są to strażnicy tacy, jakich zwykliśmy widywać - stojący z bronią po obu stronach korytarza, tylko raczej automat. Śluza, która reguluje przepływ wojsk ku wyjściu. To ona w sobie tylko znany sposób potrafi stłoczyć niewielkie grupki żołnierzy, po kilkaset tysięcy i dać sygnał do uderzenia nagłym otwarciem się.

McGregor zdawał sobie sprawę, że nie może zawrócić, nie może stchórzyć, nie może zdezerterować. Nikt jeszcze nie zawrócił. Przed skoszarowaniem przesiadywali długie wieczory z kolegami w kampusie i rozprawiali o dzielnych wojownikach, którzy z pieśnią na ustach sposobili się do boju, aby na sygnał pójść w swoją ostatnią pełną chwały bitwę.

Kiedy się wypełniły dni
i przyszło zginąć latem,
prosto do nieba czwórkami szli
żołnierze z Westerplatte.


(A lato było piękne tego roku).

I tak śpiewali: Ach, to nic,
że tak bolały rany,
bo jakże słodko teraz iść
na te niebiańskie polany.


(Tu muszę się wtrącić, że nie było to co prawda Westerplatte. Tam ludzie ginęli w obronie, a nie w podboju... Natomiast gdy mowa była o czwórkach - nie mieli na myśli liczby 4. Ta liczba była symbolem i oznaczała jeden szyk bojowy, w którym było od 10 do 40 tysięcy żołnierzy)

Nikt z nich właściwie nie wiedział, co ma robić, za co się bić. Dopiero przed samym uderzeniem zaopatrywali się w niezbędne informacje.
Nie znali strachu. Tego słowa nie było w szkoleniu, na zajęciach praktycznych. Nie wiedzieli co to strach. Nawet skąpe wieści, które docierały nieraz z pól bitewnych o tym, że wszyscy zginęli, nie były w stanie obniżyć ich morale.
A ginęli... Albo to przez głupotę dowódcy (właściciela koszar), który wypuścił swoją gwardię na zupełnie nieprzygotowany teren. Bez rozpoznania, bez zabezpieczenia. Tułali się w gęstej dżungli, błądzili, aż padli z wycieńczenia. Deszcz zmiótł ich martwe, wyniszczone ciała.
Tego również nikt nie potwierdził, bo jak wspomniałem nikt nigdy nie wrócił z pola walki, ale zdarzało się, że od razu całe armie brane były do niewoli. Taki koniec był hańbą dla żołnierza. Nikt nie chciałby tak skończyć... Nieprzyjaciel od razu tłoczył wszystkich żołnierzy w bardzo małym pomieszczeniu, tak, że jeden czuł oddech drugiego. W pomieszczeniu nie było okien, ani klimatyzacji, dlatego wszyscy się w niedługim czasie podusili. Ci, którzy byli bliżej ścian praktycznie padali od razu, gdyż były one wysmarowane trującą farbą. Zdarzało się co prawda, że ściany więzienia nie wytrzymywały natłoku... Rysowała się wtedy szansa przeżycia, jednak nie słyszano, aby ktoś ją wykorzystał.
Byli też śmiałkowie, co na własna rękę, pod osłoną nocy, próbowali opuścić koszary. Dowódca zawsze te zaginięcia nad ranem odnotował.
Oj, czasami jak się wściekł, to i w stanie względnego pokoju potrafił siłą wyeksmitować Bogu ducha winne wojska, skazując je na banicję i niechybną śmierć... Aż strach mówić gdzie oni się poniewierali. Była to śmierć w męczarniach.

Tak rozprawiając wieczorami między sobą, dojrzewał w nim duch walki, duch zwycięstwa, a przede wszystkim przetrwania.

Tego ranka dało się wyczuć podniecenie. To nie były tylko ćwiczenia czy fałszywy alarm... Żołnierze biegali po korytarzach, szukali swojej broni, krzyczeli nerwowo na siebie. Nagła mobilizacja. Do niektórych jeszcze to nie docierało, że ta chwila następuje właśnie teraz. Przeciągali się leniwie, ale na widok czerwonego pulsującego światła i wzrostu temperatury od razu oprzytomnieli.
Należało pobiec do zbrojowni po oręż, którego na co dzień nikt przecież nie nosił, no i prowiant na drogę. McGregor całe życie czekał na ten dzień, ten jeden jedyny...
Nie rozmawiał dziś z nikim, nikogo nie słuchał. Skrzętnie stawił się w zbrojowni. Mało który z żołnierzy pamiętał, aby wejść do pomieszczenia z mapami oraz kodami. Gdy tam wszedł, przy stole nie było nikogo. Szybkim wręcz fotograficznym spojrzeniem omiótł plany działań. Upewniwszy się, że rozpoznał swój cel, zapamiętał kody wejść. Gdyby tego nie zrobił, nie byłby w stanie podać hasła, nie wiedziałby czy odzew jest właściwy. Działał jak automat. Kilka ostatnich dni intensywnych kursów i szkoleń... A to wszystko się dzieje już, tu i teraz, każdy ruch, którego nie będzie mógł powtórzyć. Cokolwiek nie zrobi, musi to być posunięcie przemyślane, jeśli marzy o hamaku i bębnach na jego cześć... Pobrał również specjalne kody RN. Zdawał sobie sprawę, że dzieje się to za szybko, ale w końcu do takich akcji był szkolony! Prowiantu nie brał za dużo, aby niepotrzebnie nie obciążać się. Tyle, ile trzeba było aby dotrzeć do celu. Z map wynikało, że będzie musiał w kilka godzin pokonać ogromną przestrzeń. Rozejrzał się jeszcze raz nerwowo po pomieszczeniu. Czy miał wszystko, co mu się przyda?
Tymczasem w korytarzu był już taki ścisk, że z największym trudem wkręcił się w wiwatujące wojsko. Tupali butami, i napierali z całych sił na zamkniętą śluzę. Szczęście, że nie stał przy samym wylocie, gdyż nagle śluza się otworzyła i ci, co stali pierwsi, niestety zginęli od razu w pierwszym uderzeniu. Nieco oszołomiony McGregor po ciałach swoich towarzyszy parł naprzód ile tylko miał sił. Tu dominowała zasada: nie oglądaj się w tył! Ci, co obejrzeli się za siebie padali z przerażenia. Widok śluzy, wypuszczającej kolejne bataliony był przerażający i wielu, co się oglądnęło z tym przerażeniem w oczach ginęło, stratowanych przez towarzyszy. To nie był więc dobry pomysł aby oglądać się wstecz! Nikt nie gwarantował mu, że będzie pierwszy. Koledzy odpadali jeden po drugim. Ci, co zapominali o przestrodze - z przerażenia. Niektórzy ze zmęczenia, inni mylili drogę. Spora grupa nie znała kodów dostępu i była eliminowana przez wojsko przeciwnika. Na nic się zdawały ich protesty, zawrócić nie mogli.
Późnym popołudniem McGregorowi ukazała się Twierdza. Był zmęczony. Bał się działać pochopnie, choć doskonale wiedział, że jeśli ktoś go wyprzedzi, może mu odebrać wieniec zwycięstwa. Cierpliwie przeszukał metr po metrze każdy kawałek muru. Próbował dźgać włócznią miejsca, wyglądające na słabe.
- On nie ma słabych miejsc! Odkrył z przerażeniem. Na widok zbliżających się (co prawda mocno zdziesiątkowanych) oddziałów, wpadł w szał. Obmyślił, że jak będzie walił w jedno miejsce, to musi w końcu wybić otwór, przez który przejdzie do środka. Bił zapamiętale. Ręce mu omdlewały. Teraz tysiące mu podobnych wojaków starało się dostać do środka. Co sprytniejsi przejmowali napoczęty przez innego wyłom, gdy ten odpoczywał.
- O nie moi drodzy! Wściekł się McGregor I gdy tylko to pomyślał, ostatnia warstwa muru, rozpoznając jego kody wejścia, sama rozstąpiła się, wpuszczając go do środka.
Mc Gregor, dzięki planom, które zapamiętał, skierował się do największego pomieszczenia. Tam przedstawił swoje kody RN. Gdy tylko zgodność została potwierdzona, odebrał klucz. Podszedł jeszcze do otworu, przez który się przedostał do wnętrza by upewnić się, że jest zamknięty. Tego też się nauczył na szkoleniu. Gdyby przypadkiem dwoje żołnierzy dostało się do środka, mógłby być niezły bałagan! Dźwięki walki dochodziły jeszcze zewsząd, jednak w twierdzy był sam. Czuł niepewność. Wszystko było obce, a z drugiej strony wszystko jakby dopasowane do niego. To chyba dzięki kodom dostępu... Klucz, który pobrał, pasował do drzwi w forcie. Otworzył pierwsze. W komnacie stało lustro.... W pierwszej jedno, tak, że wszystko widział podwójnie. Szedł dalej. W drugiej już dwa lustra stały naprzeciw siebie, więc świat się podwójnie podwoił. W trzeciej komnacie nie mógł się doliczyć luster. Było ich może sześć, może osiem. Wtedy ze zdziwieniem stwierdził, że odbity obraz od razu stawał się rzeczywistością. Zawsze podwajaną. Zaglądnąć i otworzyć musiał każde pomieszczenie. Tak wynikało z map i planów strategicznych. W połowie drogi poczuł kołysanie i bicie bębna. Było to miłe uczucie. Po całym dniu robił sobie krótką przerwę i kołysząc się wsłuchiwał w uderzenia bębna. Bum-bum, bum-bum... Dźwięk dochodził spoza fortu, lub z miejsca w którym jeszcze nie był. Nawet go lubił, no w każdym razie przyzwyczaił się.
Gdy przeszedł przez wszystkie komnaty, a zajęło mu to prawie trzy czwarte roku, poczuł, że robi się coraz ciaśniej. Z każdym otwarciem nowych drzwi, jego świat się podwajał i podwajał. W tej niewielkiej i ograniczonej przestrzeni zaczynało najzwyczajniej w świecie brakować miejsca. McGregor nie mógł już tego znieść i chciał za wszelka cenę się wydostać z więzienia, w którym się znalazł... Nawet dźwięk bębna nie był w stanie go uspokoić.
Przed sobą miał ostatnie, największe i najtrudniejsze do pokonania wrota. Do tych jednych jego klucz nie pasował.
Na tyle, na ile mógł cofnął się więc i z rozpędu całą swoją siłą uderzył w nie. Drzwi puściły. W tym samym momencie poczuł oślepiający blask i niewyobrażalny hałas, którego nie mógł z niczym porównać. Napiął się i postanowił, ze będzie walczyć do końca, choćby miał teraz zginąć!
Wydobył przeraźliwy okrzyk zwycięstwa, który odbił się donośnym echem po białych ścianach szpitala...
- Ma pan syna! - Nogi mi się ugięły, gdy zobaczyłem owiniętego pępowiną, brudnego od śluzu, krwi i Bóg wie czego, mojego małego, dzielnego żołnierzyka....

(Ta dzida była najważniejsza....)

EPILOG

Jedziemy. Zerkam od czasu do czasu przez ramię na syna, który ledwo co usiadł, od razu zasnął. Wcale mu się nie dziwię.... Nigdy dotąd nie był obudzony o trzeciej. Dość, że w ogóle udało się go z wyra zrzucić.... Mimochodem zerknąłem w lusterko i zobaczyłem uśmiech na swojej twarzy. Pierwszy chyba od dłuższego czasu. W końcu niecodziennie jedzie się na ryby ze swoim synem! A łatwo nie było. Ja to jeszcze bym dostał przepustkę, ale z dzieckiem??!!

- Jakie tam dziecko - tłumaczę- dorosły już prawie chłop! Ma całe 10 lat....
- Ale zapowiadali deszcze i burze....

Wszystkie argumenty zbijałem wytrwale.

- A gdzie jedziecie na te ryby? - Jakby ktoś ze mnie powietrze spuścił.... Było to z jednej strony dobre pytanie, bo kryła się w nim już aprobata, a z drugiej...
- Nad wodę skarbie, nad wodę... i uśmiechnąłem się pieszczotliwie, posyłając buziaka. Przyciągnęła mnie do siebie. Gdzieś widziałem już te szerokie źrenice i strach...
- Uważaj na siebie i Grzesia...
Przytuliłem mocno, zamiast odpowiedzi, która i tak brzmiałaby jak truizm. Donośne bum-bum łagodniało


Gdy wyjeżdżałem spod domu, zaczęło padać.


Grzesio szedł przede mną. Wyglądaliśmy jak dwie kupy błota. Synek w za dużych kaloszach, które czasem zostawały zassane breją nie dawał za wygraną. Przewracał się co chwila i szedł dalej. Krzaki, które powinny tu być ktoś wyciął, zostały jedynie drzewa, ogromne topole, na których inne ptaki pewnie co rano snuły swoje zaloty.

W strugach deszczu zarzuciliśmy wędki. Zostawiłem chłopca przy kijach, a sam poszedłem kilkanaście metrów dalej. Była tam mała polanka z zieloną trawką. Na samym jej środku ktoś chyba zaczął okopywać namiot przed deszczem. Niedokończony rowek i wygnieciona pośrodku trawa... Przestraszyli się deszczu - pomyślałem....
Dlaczego...? /-/

Odwróciłem się w stronę syna. Właśnie holował pięknego leszcza. Nie mogąc sobie poradzić z wydostaniem go na brzeg, po prostu cofał się z wędką, aż złocisto-garbaty kształt znalazł się na piasku. Doskoczył do ryby i spojrzał na mnie tryumfalnie.

W tych oczach było wszystko...



Temat na forum

Cześć druga:

Do przeczytania na forum

Wszelkie prawa do całej zawartości Serwisu internetowego www.narybki.net jak i www.narybki.vot.pl są zastrzeżone. Użytkownik ma prawo do pobierania oraz drukowania całych stron lub fragmentów . Żadna część Serwisu nie może być w celach komercyjnych kopiowana w całości lub części, transmitowana elektronicznie lub w inny sposób, modyfikowana, linkowana lub wykorzystywana - bez uprzedniej zgody autora tekstu, lub serwisu narybki.net.
Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Panel informacji
Panel informacji -----------------
Aktualnie online
· Gości online: 12

· Użytkowników online: 0

· Łącznie użytkowników: 15,477
· Najnowszy użytkownik: anzyr
Przetłumacz stronę

Losowa Fotka
Shoutbox
Musisz zalogować się, aby móc dodać wiadomość.

Abramis
21-01-2018 15:34
Cześć Wink Ja obstawiam dziś w najlepszym wypadku 3-cie miejsce (-)

MatiQ
21-01-2018 13:35
Exodus, dobre Cool

stan2010
21-01-2018 10:04
Ważne chęci des

Exodus
21-01-2018 08:14
To zobacz jak skaczą Wink https://www.youtu...uW
k&t=

stan2010
21-01-2018 01:16
I cuś z mojej bajki

stan2010
21-01-2018 00:56
Witam Wink Spodobały mi się filmy z drugiej półkuli... dziwne hahaha nie ma PETów, ani puszek nad wodą, a :;/ marzenie ouch

MatiQ
20-01-2018 18:18
Będzie to złoto jutro czy nie będzie? des

Abramis
20-01-2018 12:20
Cześć Wink rozmawiałem właśnie z ojcem który siedzi Frown ogólnie słabo a lód ok 18cm Pfft

Semi
20-01-2018 09:57
Doczekasz się, jeszcze w lutym przymrozi pewnie. Wink

MatiQ
20-01-2018 09:41
Witam, natomiast ja się chyba nie doczekam "bezpiecznej grubości" lodu na wodach u mnie ....

44,157,720 unikalne wizyty Original Theme, Athos, by Thomas - Modified into Athos_Grey by Exodus